Kalendarium 2010

Warto zobaczyć

Szybko wsiąka się w to miasto



Rozmowa z Anną Treter, wokalistką i pianistką zespołu „Pod Budą”, założycielką fundacji „Piosenkarnia Anny Treter” oraz inicjatorką „Korowodu” – Festiwalu Twórczości Marka Grechuty.

4 października rozpocznie się „Korowód” – Festiwal Twórczości Marka Grechuty. Powstał on dzięki Pani staraniom. Skąd miłość do tego artysty?

Twórczość Marka Grechuty jest ceniona i kochana przez wiele pokoleń Polaków. Wychowałam się na jego piosenkach, miałam także przyjemność znać go osobiście. Kiedy więc pani Danuta Grechuta poprosiła mnie o zorganizowanie koncertu upamiętniającego drugą rocznicę śmierci jej męża, uznałam to za wielki zaszczyt. Z czasem pomysł rozrósł się w cały festiwal, który obejmuje kilka koncertów (w tym cieszący się wielkim zainteresowaniem konkurs dla młodych wykonawców ), dwie wystawy i wiele innych działań. Realizacja tego projektu jest możliwa dzięki istnieniu Fundacji Piosenkarnia Anny Treter, którą stworzyłam rok temu. Inicjując ten festiwal z zamiarem kontynuowania go w kolejnych latach, podejmuję wielkie wyzwanie, jakim jest ukazanie bogactwa twórczości Marka Grechuty i zainteresowanie nią młodych ludzi.

Osoba Marka Grechuty jest nierozerwalnie związana z Krakowem, gdzie mieszkał i tworzył, podobnie jak Pani. W jaki sposób to miasto Panią inspiruje? W jakich jego miejscach najchętniej szuka Pani natchnienia?

Marek Grechuta pochodził z Zamościa, ja pochodzę z Kielc. Kiedy jednak przyjedzie się do Krakowa, szybko „wsiąka” się w to miasto, w jego atmosferę. Ja od drugiego roku studiów zaczęłam tu działać na niwie artystycznej w kabarecie „Pod Budą”. Muzyka i poezja zawsze stanowiły dla mnie niezbędną cząstkę życia. Miejsca, w których się znalazłam, ludzie, których tu spotkałam, inspiracje artystyczne, jakich tu doznałam – to wszystko zadecydowało o tym, że do dziś śpiewam, piszę, komponuję, a ostatnio nawet pomagam młodym zdolnym twórcom w stawianiu pierwszych kroków.

Z tego źródła czerpie też chyba „Piosenkarnia Anny Treter”...?

Tak, „Piosenkarnia” to comiesięczne spotkania w Dworku Białoprądnickim mające postać kameralnych koncertów, w których prezentują się młodzi artyści obok swoich dojrzałych kolegów. Bywają w niej pieśniarze, poeci, muzycy – wszyscy, którzy chcą podzielić się z innymi swoją wrażliwością, swoimi doznaniami, emocjami przełożonymi na dźwięki i słowa. Mają tu możliwość zaprezentowania swojej twórczości, skonfrontowania jej zarówno z profesjonalistami, jak i publicznością w atmosferze wspólnego, pozbawionego elementów rywalizacji muzykowania.

A kto będzie Pani gościem w październiku?

14 października, oprócz młodych i starszych twórców, którzy jak co miesiąc zaprezentują swoje utwory, gościem specjalnym będzie Paweł Orkisz. Te spotkania nie mają ani charakteru konkursu, ani egzaminu, ani warsztatów, to bardziej wieczory pasjonatów, którzy odczuwają chęć zaprezentowania się innym. Jedni są u początku drogi, inni – to osoby już z lekka ukształtowane.

Ponad 30 lat jest Pani związana z zespołem „Pod Budą”. Czy tyle lat wspólnej pracy i twórczości nie sprzyja rutynie? Jak odnajdywać w tej działalności ożywczego ducha?

Tak, to dużo czasu razem spędzonego, wiele wspólnych twórczych działań. Parę lat temu rozpoczęłam równolegle swoją solową działalność w dużej części opartą na własnych tekstach, z zupełnie innymi muzykami, w innej konwencji niż z Pod Budą. Może to właśnie jest forma ucieczki od rutyny – poszukiwanie nowych brzmień, ubieranie w słowa własnych myśli i uczuć.

Nagrała Pani trzy solowe płyty: „Na południe”, „Może tak, może nie” i „Bez retuszu”. Czy taka forma twórczej ekspresji różni się od zespołowej pracy? Jak powstawały te płyty?

Moje piosenki powstają z ciągłej i niekłamanej fascynacji życiem, bogactwem ludzkich uczuć i doznań. Nie znam odpowiedzi na wiele pytań, ale pytam… Jaki mamy wpływ na własne życie, jaką rolę odgrywa w nim przypadek czy przeznaczenie, jak tłumaczyć skomplikowane relacje między ludźmi? Takimi refleksjami, nierzadko bardzo osobistymi, dzielę się z moimi słuchaczami.

A jakie były początki zespołu i Pani spotkanie z Andrzejem Sikorowskim?

Andrzeja Sikorowskiego, podobnie zresztą jak Jana Hnatowicza, mojego męża, kompozytora moich piosenek i pierwszego gitarzystę Budy, poznałam przed laty w kabarecie „Pod Budą”, którego liderem był Bohdan Smoleń. Pod koniec lat 70. kabaret przestał istnieć, ale jego zespół muzyczny postanowił pracować dalej. Tak powstała Grupa Muzyczna „Pod Budą”. Pewnie żadne z nas wówczas nawet nie podejrzewało, że potrwa to 30 lat.

Czy na koniec opowie nam Pani jakiejś ciekawe wydarzenie, które Panią spotkało, a w jakie z pewnością obfituje życie artystki...

Kiedy w połowie lat 90. postanowiłam uciec od zgiełku wielkiego miasta i po długich poszukiwaniach znalazłam piękne miejsce w podkrakowskiej wsi, okazało się, że na ten sam pomysł wpadło wielu innych krakowskich artystów. Tworzymy teraz taką podmiejską towarzysko-artystyczną enklawę.

rozmawiała Barbara Fijał
Karnet 10/2008
 

Redakcja:
ul. Józefa 7; 31-056 Kraków
tel. 12 429 51 50
karnet@karnet.krakow.pl
pn.-pt. 8.30-16.30

Znajdziesz nas także na: